– No więc! – zaczęła dosyć monotonnym tonem. – Dolina Koprowa jest doliną walną po połudowniej stronie Tatr Wysokich. Ciągnie się ona od Podbańskiej w kierunku wschodnim. Przedłużeniem jej na południowy-wschód jest Dolina Piarżysta. W całości Dolina Koprowa liczy około 11 kilometrów długości Odnogami bocznymi doliny są: Szkaradny Żleb, Krywańskie Koryto, Dolina Niewcyrki, Dolina Hlińska, Dolina Piarżysta, Kobyla Dolinka, Dolinki Garajowa i Turkowa. Górną zalesioną część Doliny Koprowej przy ujściu Doliny Hlińskiej i Piarżystej, nazywamy Ciemnymi Smreczynami. Od strony północnej otoczenie doliny stanowią: zbocza Krzyżnego Liptowskiego (2040 m), Wielka Kopa Koprowa (2053 m), Wierch Cichy (1980 m), Gładki Wierch (2060)…

– 2065 metrów – precyzyjnie poprawił Leszek.
– Niech Ci będzie – parsknęła ze zniecierpliwieniem, po czym ciągła dalej – Zakończenie doliny stanowią: Kotelnica, Czarna Ławka, Liptowskie Mury…
– U stóp których znajduje się Morskie Oko… – przekomarzał się znowu Leszek.
– Nie wygłupiaj się!… – niemal krzyknęła urażona …
….
– Następnie mamy Szpiglasowy, Wrota Chałubińskiego, Ciemnosmreczyńską Turnię, Cubrynę, Cubryńską Przełączkę, Cubrynkę, Zadnią Piarżystą Przełączkę, Piarżyste Czuby, Skrajną Piarżystą Przełączkę, zwornik Koprowego Wierchu, Pośredni Wierszyk, Wyżnią Koprową Przełęcz, Niżnią Koprową Przełęcz, Przełęcz…
– Jolka!.. Bój się Boga!.. – przerwałem jej, łapiąc się udanym za głowę – Czy Ty pragniesz nas dobić tymi przełączkami?… Zastanów się… Jak padniemy to zjedzą Cię niedźwiedzie na obiad… Kto Cię będzie bronić?
– Nie boję się! – odparowała z uśmiechem.
– Zobaczysz, zobaczysz!… – Odgrażałem się – Będziesz jeszcze żałować. Ale a’propos… Słyszałaś Ty i przewodniku zwanym Jasiu Przełączka?
– Jasiu Przełączka?… – powtórzyła z zaciekawieniem – Nie! Chyba nie… Kto to taki? Zakopianiec?
Zaprzeczyłem ruchem głowy, po czym dodałem.
– Nie dziwię się, że go nie znasz. To bardzo stare dzieje. Historia co najmniej sprzed trzydziestu lat. Wtedy jeszcze nie chodziłaś po tym świecie… Ale Ty Leszku na pewni wiesz kogo mam na myśli?
– Coś słyszałem… – odpowiedział zagadnięty. – Nie mogę jednak sobie w tej chwili skojarzyć o kogo chodzi. Przypomnij…
– Dobrze – przystałem zgodnie i zwracając się do naszej jedynaczki rozpocząłem.
– Słuchaj więc uważnie Jolka!… To Ci sie przyda. Ty dzieje przewodnictwa tatrzańskiego w większości wykułaś z fachowej literatury, a my sporo z jej elementów sami przezywaliśmy. Jak wiesz zapewne, po II wojnie światowej brakowało przewodników i dlatego organizowano zastępcze kursy dla tzw. kierowników wycieczek. Przeszkolenie takie ukończyło ponad 100 osób. Większość uczestników kursu nie wywodziło się z Podhala i…
– To wszystko znam! – Przerwała mi Jola – Mów o Jasiu…
– Poczekaj! – mitygowałem ją – dojdziemy i do Jasia. Tylko nie przerywaj. Otóż jednym z takich poduczonych w szybkim tempie „kierowników” był młody taternik, student uniwersytetu krakowskiego, noszący imię Jasiu. Nazwiska jego już nie pamiętam. Nie jestem też pewien, czy w latach pięćdziesiątych, jak dokonywano masowego przemianowania tych „kierowników” na przewodników IV klasy, Jasiu został zweryfikowany. Chyba nie. Później go już nie spotkałem. Istotne było to, że przybywając do Zakopanego wycieczkowicze nie orientowali się w skomplikowanej hierarchii i różnicy zachodzącej między doraźnie dopuszczonymi do oprowadzania „kierownikami” a kwalifikowanymi przewodnikami…
– Wzorując się na powszechnym zwyczaju, że każdego najmłodszego nawe lekarza, ktry nigdy nie robił doktoratu, nazywa się szarmancko „panem doktorem”, w taki sam sposób każdego prowadzącego grupę tytułowano „panem przewodnikiem”. Ten stan rzeczy doprowadzał wręcz do białej gorączki starych przewodników góralskich, którzy uważali się za poniżanych tego rodzajem zrównaniem ich z tymi „ślimakami”, jak pogardliwie przekazywano świeżo przeszkolonych. Dalszym powodem oburzenia było głębokie przekonanie, że te przybłędy „cepry” odbierają zajęcie Podhalanom, którzy z racji miejsca zamieszkania rościli sobie włączne prawa do wodzenia po górach.
– Co z tym Jasiem? …– niecierpliwiła się Jola.
– Już! Już! – uspokajałęm ją – Aleś Ty w gorącej wodzie kąpana… tylko Jasiu ci w głowie. No już dobrze! Działo się to w latach pięćdziesiątych. Pewnego dnia Jasiu z trudem dowlókł się warczącą i unoszącą za sobą chmurę spalin oraz wapiennego pyłu ciężarówką pod morenę Morskiego Oka. Musisz powiem Jolka wiedzieć, że wtedy do Morskiego Oka nie prowadziła, jak dzisiaj, wygodna asfaltowa droga przez Głodówkę, tylko jeździliśmy na Jaszczurówkę, gdzie większość odcinków stanowiła ubita tłuczniem szosa. Dojeżdząno też, jak już wspomniałem, niemal pod same schronisko.
– Słyszałam o tym. – powiedziała – wolno tak było?
– Taki był zwyczaj. W tym okresie nie istniał jeszcze parking na Włosienicy. Należy jednak obiektywnie przyznać, że nie było też takiego ruchu wycieczkowego jak dzisiaj. początkowo na maleńki placyk przed moreną zajeżdżało po 5-10 samochodów dziennie. Później zjawiało się ich coraz więcej. Były to niemal wyłącznie ciężarówki, bo autobusami mało kto dysponował. Samochody parkowały po lwej stronie szosy nieraz długim na kilkaset metrów sznumer. Możesz sobie wyobrazić jak to wyglą∂ało. Ani przejść bezpiecznie, ani nawrócić, a smród spalin aż dusił.
– Coś takiego? … – kręciła głową Jolka z niedowierzaniem.
– Tak, tak! – jeszcze raz potwierdziłem ten fakt i wracająco do przerwanego tematu, kontynuowałem.
– Jasiu wysadziwszy uczestników swojej wycieczki przybyłej z jakiegoś PGR-u, poprowadził ich następnie przed pobliskie schronisko nad Morskiem Okiem. Na morenie, obok balustrady, stało już czterech starych przewodników-górali, którzy oczekując na ustaloną godzinę zbiórki swoich grup, skracali sobie czas pogawędką. Zakopiańczycyy obrzucili przybyłego wyraźnie niechętnym spojrzeniem, po czym pykając fajki, rozpoczęli z ożywieniem komentować zachowanie się ceperskiego przewodnika.
Jasiu od razu dostrzegł, że znajduje się pod obstrzałem krytyki tych w mniemaniu prostych górali. Postanowił więc im zaimponować nie tylko swoją uniwersytecką, ale i elokwencją. Ustawiwszy swoich podopiecznych półkolem, po kwiecistym, pełnym frazesów, wstępie wypowiadanym celowo tak głośno, aby go usłyszeli Zakopiańczycy, zaczął w sposób nadzwyczaj drobiazgowy objaśniać roztaczającą się panoramę.
Stwierdziwszy, że oboje słuchą mnie z uwagą, odkrząknąłem i mówiłem dalej.
– Podniecony Jasiu wyrzucał z siebie coraz to szybciej nazwy dziesiątek szczytów, przełączek, turniczek, cyrfry dotyczące wysokości, głębokości, nazwiska taterników, daty oiraz mnóstwo innych mniej ważnych informacji. W ekstazie wskazywał ręką na każdy z omawianych szczegółów, a odwrócony plecami do swojej gruopy nawet nie zauważył, że stopniowo przerzedza się krąg otaczających go „braci chłopów”, jak wówczas zwyczajowo nazywano spółdzielców rolniczych. Większość tych często niepiśmiennych ludzi, znudzona niezorumiałymi dla nich naukowymi terminami i dziesiątkami mylących się nazw oraz cyfr, odeszła od razu do schroniskowego bufetu, gdzie wówczas sprzedawano jeszcze piwo. Gospodynie natomiast, rozłożywszy na ławkach przyniesione z sobą w koszczkach i teczkach wiktuały, zajadały się smacznie, omawiając przy tym swoje prywatne problemy.
Kiedy Jasiu po wskazaniu kolejnej 65 turniczki, szczytu i przełączki, wymieniał następne nazwy: Żabia Przełęcz, Żabi Koń, Żabia Przełęcz Wyżnia, Żabia Turnia Mięguszowiecka, Żabia Mięguszowiecka Przełęcz, Wołowa Turnia, Wielka Wołowa Szczerbina, Wielka Rogata Szczerbina, Mała Rogata Szczerbina, Mała Wołowa Szczerbina i mówił, co widać oraz czego nie widać, nagle usłyszał za plecami donośny śmiech. Zaniepokojny tym, ponownie odwórcił się twarzą do swoich podopiecznych i dosłownie zaniemówił z wrażenia.
Rozwierając pełne zdumienia oczy z przerażeniem stwierdził, że obok niego stoją tylko dwie osoby. Był to jakiś mocno przygłuchawy staruszek, pochłonięty całkowicie czynnością nakładania machorki do swojej staroświeckiej fajki oraz jego pięcioletni wnuczek dzielący się z psem schroniskowym otrzymaną od mamy olbrzmią pajdą chleba z masłem i serem. Chłopczyk zdziwiony nagle zapadłą ciszą podniósł główkę i wykorzystując przerwę w stanowczo przydługiej dla niego prelekcji zaszczebiotał.
– Panie psewodniku, a gdzie lo można kupić loda?
Ile było żartów i przeinaczeń po tym incydencie możecie sobie wyobrazić. Co sie zaś tyczy Jasia, to. odtego dnia otrzymał przydomek „Jasiu Przełączka”.