Sport wysokogórski jest jednym z kosztowniejszych sportów. To nie jest pójście na boisko w koszulce i w spodenkach sportowych. W góry trzeba pojechać – nieraz z odległego miasta – i trzeba sobie sprawić stosunkowo kosztowny ekwipunek taternicki. Kiedyś, taternicy – jak pisze J.A. Szczepański – była to garstka dżentelmenów, starannie dobranych i bodaj na tyle zasobnych finansowo, aby móc sobie pozwolić na luksus ściśle prywatnej i nieamortyzującej się ekonomicznie pasji. Dziś wśród taterników polskich przeważa raczej element niezamożny. Chcąc zatem uprawiać czynne taternictwo, wielu z nich musiało pomyśleć o jakimś nadzwyczajnym dochodzie. Co może zrobić np. student lub uczeń, żeby zdobyć w dzisiejszych czasach kryzowych, odpowiednią sumę na pokrycie kosztów pobytu w górach? Otóż dla wielu niemal jedynym sposobem stał się tzw. profesjonalizm, czyli po prostu sprzedaż własnego talentu taternickiego i znajomości gór za gotówkę. To umożliwia im samym chodzenie nie-profesjonalne po górach. A więc: są taternicy, dla których możność bycia amatorem-taternikiem, opiera się na okresowych działaniach zawodowych. Zetknąłem się z tmi ludźmi blisko i stwierdzam, że nie znajdują oni w prowadzeniu ludzi po górach za pieniądze: 1) – żadnej, z tego zajęcia płynącej przyjemności, 2) – nie robią tego z chęci zysku, lecz tylko i prawie wyłącznie na zakup n.p. środków żywnościowych. A więc ich profesjonalizm wypływa ze szlachetnej pasji do uprawiania taternictwa, które jest u podstaw swych bezinteresowne. Może to był powód, dla którego pragnęli się oni nazwać „przewodnikami – dżentelmenami”, aby w tych dwóch słowach wyrazić konieczność zmuszającą dżentelmenów do trudnienia sie praca przewodniczą, która ma cechy już raczej pracy fizycznej. Czasy powojenne wytworzyły już „fordanserów – dżentelmenów” i „zamiataczy ulic – dżentelmenów”. Jedni chcą zdobyć środku do życia, a inni do chodzenia po górach.
Po ukończeniu studiów, rozporządzałem w sezonie letnim 1932 r. wyjątkowo długim okresem wolnego czasu. I tak się w końcu złożyło, że stanąłem wobec konieczności zarobienia pieniędzy na dalszy pobyt w górach, albo wobec przykrości powrotu do Warszawy. Idąc za pierwszym impulsem. gotów byłem poprowadzić kogoś w góry za pieniądze. Koledzy moi byli bardziej szczęśliwi i rychło znaleźli klientów, natomiast ja zdobyłem chwilę wolnego czasu, kiedy osamotniony siedziałem w Zakopanem nie mając za co wyruszyć w góry, i mogłem przemyśleć kwestię profesjonalizmu w taternictwie. Wtedy to doszedłem do wniosku, że rasowy taternik będzie zawsze czuł wstręt do zawodowstwa. Gdybym był rentjerem i w tej formie stał się bezpłatnym zawodowcem, to znaczy, że nic bym więcej w życiu nie robił, jak tylko chodził po górach – to myślę, że byłoby to nawet szczęściem, gdyż chęć chodzenia po górach wysuwa mi się ponad wszystkie inne pragnienia. Ale co innego jest – brać pieniądze za to, że umiem się wspinać. Przyznałem się, że uważałbym to dla siebie za wielkie nieszczęście. Najbliższą okazję, kiedy ceper pokazał mi wypchany portfel – odrzuciłem i pojechałem do Warszawy. Uniknąłem „nieszczęścia” i tego, co czułem, że byłoby pohańbieniem mojego taternictwa, ale nie biorę za złe tym taternikom, którzy wybrali zawodostwo dla zaspokojenia chęci chodzenia po Tatrach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ponieśli oni dla gór dużą i dobrowolną ofiarę. Ja zaś czuję się szczęśliwym, że uniknąłem tego, i mam możność zdobywania pieniędzy na drodze mej pracy zawodowej, która mi się podoba już właśnie z tej strony, że jest przemyślną grą o pieniądze.
Byłoby pewnie nieopatrznością rozciągać moje indywidualne poglądy na profesjonalizm w taternictwie na wszystkich tych, którzy są profesjonalistami. Są tam i tacy, którzy chodzą dla zysku, i tacy, którzy nie czują owego, przeze mnie rozumianego nieszczęścia. A jeśli ich niema – to będą. Ale pionierzy, do których, jak mi się zdaje, J. A. Szczepański wlicza mnie w pierwszym rzędzie, innemi kierowali się pobudkami. Podkreślam jeszcze raz moje stanowisko: czuję się szczęśliwy, że uniknąłem profesjonalizmu w mojej pasji do gór.
Zakończywszy rozmyślania na temat dotyczący mojej osoby, zająłem się ogólnie kwestią profesjonalizmy wśród taterników. Uważałem, że taki stan rzeczy jaki istniał w owej chwili, był conajmniej niemoralny. Taternicy chodzący za pieniądze, mogli był łatwo posądzeni o chęć zysku, o nieuczciwą konkurencję w stosunku do przewodników – górali itp. Należało więc kwestię postawić jasno i z tego powodu zwróciłem się do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego z propozycją zorganizowania przewodników – taterników. jakąś specjalną klasę zawodowców. Dokonawszy tego, uznałem, moja rolę za skończoną, jestem bowiem w tej kwestii out-siderem. O ile P.T.T. wywiązało się we właściwy sposób z tego zagadnienia – nie moja już sprawa. Chodziło mi tylko o danie inicjatywy do konkretnego rozwiązania problemu przewodnickiego.
Wytrwale modna dyskusja o przyszłości taternictwa jest zmorą spędzającą sen z powiek. Szczytem taternictwa czy alpinizmu wydaje mi się być eksploracja gór, w której mieści się i naukowiec i sportowiec, Obaj badają teren nieznany. Ale horyzontalizmu czy rekordów czasowych (Zamarła w 5 minut i ułamki sekund…) nie moę uważać za nic więcej, jak za bardzo smutny objaw degeneracji, czy wprost zdziczenia idei taternickiej. Jabym Tatry w pewnym momencie zamknął murem lub drutem kolczastym z prądem wysokiego napięcia. Uznałbym go za teren w 100% wyzyskany, a dla jego uroku i dlatego, że tylu ludziom dostarczył szlachetnych przeżyć – święty. Tylko ci z młodych pokoleń, którzy są zdrowi duchowo, mogliby korzystać z dróg na urwiskach tatrzańskich, gdzie uczyliby się rozumienia piękna i samej techniki wspinania, ale już dla eksploracji innych gór świata. Tatry byłby wtedy taką pinakoteką starych mistrzów, gdzie młodzi malarze uczyliby się kultury zteuryzowanej w płótnie i farbie obrazów. Niestety, są to moarzenia i fantastyczne pomysły. Zaczynam czuć się członkiem starszego pokolenia, które minęło, nie rozumie nowych ludzi i dlatego z nimi walczy. J. A. Szczepański pisze często o boisku w Tatrach, o trybunach, rekordach czasowych itd. Ani nie popiera ani nie gani. Chce był wiecznie młody i iść jak najwytrwalej z duchem czasu, a jednocześnie tkwić mocno i w poprzedniej epoce (nie złotej już, ale srebrnej bo w pierwszej był w Tatrach jeszcze dziewiczy, suchy granit, a w drugiej dziewiczy, srebrny śnieg). Młodszy jestem od niego – ale chyba nigdy nie zrozumiem ewolucji taternictwa w kierunku boiska i będę, uporczywie może o po maniacku walczył z ten antypatycznem pojęciem. Integralne taternictwo jak je nazywa J. A. Szczepański powinno zostać ochrzczone jakimś innym terminem (np. ciężka atletyka górska), aby się nawet nazwą nie kojarzyło z taternictwem jakie myśmy znali i rozumieli.
Po tych niemiłych rozważaniach przyszłości Tatr, przyjemnie jest pomyśleć, że o ile nawet te różne nieszczęścia są nieuniknione, to jednak są jeszcze dosyć odległe. W lecie już jest niewiele do zrobienia nowego, ale zima jest jeszcze bardzo obszernym terenem do eksploracji taternickiej, i od jej śniegów, które są teraz zbawieniem taternictwa, nazywać obecną epokę srebrną, drugą wielką epokę odkrywczą Tatr. Poza nią – przyszłość taternictwa leży już tylko poza Tatrami, powtarzam z chórem innych taterników.
Warszawa, dnia 28 czerwca 1993 r. Wiesław Stanisławski
